ChopokJasnaSłowacjaWP za granicą

Narciarsko na Słowacji – Jasna, Chopok

Przez 13 kwietnia 2014 No Comments

Ósmy dzień od Wielkiego Wyjazdu.

Poznań, wygodny fotel przed monitorem

Uwaga – wszelkie podawane w tej relacji ceny zawierają już należny podatek Vat i dotyczą osób dojrzałych.

Przejechaliśmy z BoRą 1552 kilometry w obie strony wraz z przemieszczaniem się po Słowacji. Kapitalna średnia spalania- 10l/100km spowodowała niskie koszty paliwa – ca 700zł/cały wyjazd.

6 dni zjeżdżania na nartach w rejonie Jasna/Chopok – karnet 170 euro.

Karnet obejmuje też rejon Szczyrbskiego Jeziora oraz Tatrzańskiej Łomnicy. Można z niego skorzystać w „Tatralandii, zamiast szusowania po stokach w przypadku marnej pogody.
Normalna cena w tym okresie 198 euro. Mieliśmy zniżkę dzięki zakupowi za 5 euro Region Card . Warto, bo zniżki obowiązują też np. na termach w Besenowej, czy w „Demianowskiej Jaskinii Wolności”.

Podczas zakupu skipassa otrzymaliśmy do wypełnienia i zarejestrowania kolejną kartę, tzw. Gopass.

Oczywiście – jak najbardziej warto. Znowu sporo zniżek, nawet przy zakupie pifka na stoku.
Cena kąpielisk termalnych „Tatralandia” w Liptovskim Mikulaszu i w „Gino Paradise” Besenova takie same – 19 euro/3 godziny/baseny wewnętrzne i zewnętrzne.

Wejście do „Demianowskiej Jaskinii Wolności „ – 7 euro.

Zwiedzanie z przewodnikiem pałacu w Mosznej – 10zł

Siódmy dzień od Wielkiego Wyjazdu

Trasa Demanowa – Cieszyn, od godziny 7.40 do 12.30

Po termalnych kąpielach czuję się rześki i silny. Bez problemu zapakowałem merolinę i o 7.40 opuszczamy przyjazną Dolinę Demianowską.
Po wczorajszym smutnym doświadczeniu jadę jeszcze spokojniej, czyli nie więcej niż 2-4km/h ponad dopuszczalną prędkość.
W czerwcu 2013r. poznaliśmy sympatyczną parę heteroseksualną z Cieszyna (Krysia i Andrzej) i postanawiamy ich odwiedzić.
Dzwonię godzinę wcześniej, by mieli czas przygotować się na godne ugoszczenie gości z Wielkopolski. Wyczuwam tłumioną radość. Jak się później okazało, tłumienie było spowodowane przeziębieniem Andrzeja.
Gospodarze stanęli na wysokości zadania, co znacznie ułatwił im miniony okres świąteczno-sylwestrowy.
Pierwszy raz w życiu miałem do czynienia z ciasteczkami cieszyńskimi. Jest to wyrób lokalny, tworzony nawet 10 dni przed wigilią, i charakteryzuje się mikroskopijnymi rozmiarami a także różnorodnością – może być ich nawet 30 rodzajów!

Ciasteczka cieszyńskie

Wznosimy toast za Nowy Rok (ja kawą) i około 12.30 ruszamy dalej.

Siódmy dzień od Wielkiego Wyjazdu

Trasa Cieszyn – Poznań, od godziny 12.30

Zgodnie z sugestiami Andrzeja kieruję się w stronę Pawłowic, mijamy Żory i dalej ku autostradzie A4 w kierunku na Wrocław.
I pewnie nie miałbym nic ciekawego do zrelacjonowania, gdyby nagle BoRa nie przerwała ciszy.
-„O, Moszna jest niedaleko.”
Decyzję podjąłem w ułamku sekundy, i po chwili uiściłem 6,40zł za przejazd A4 podążając w nieznane.
O zamku w Mosznie czytałem niejednokrotnie i stał on w pierwszym szeregu miejsc wytypowanych do odwiedzenia.

Tablice informacyjne
Moszna zza płotu
Moszna zza dębu
Moszna mniej więcej środkowa

Do pełni szczęścia zabrakło słońca, które rozświetliłoby tę wspaniałą bajkową budowlę.

Zwiedzanie zamku z przewodnikiem odbywa się o pełnej godzinie, my wstąpiliśmy na komnaty o 15.
Kilka ciekawostek przekazanych ustnie przez sympatyczną panią Krystynę. Dawniejsza pracownica szpitala dla nerwowo chorych, który znajdował się na terenie zamku do kwietnia 2013 roku, obecnie z wdziękiem i wiedzą oprowadza wycieczki.

Barokowe malowidła z XX wieku
Mężu, ja chcę takie drzwi
Oranżeria, w głębi zamkowa restauracjaStairway to Bedroom

Hrabia Franz-Hubert Tiele-Winckler (to jedna osoba) rozbudował zamek do obecnej postaci i – jak w przypadku Ludwika II, właściciela „disneyowskiego” zamku w Neuschwanstein – nie miał zamiaru płacić na armię, stąd ucieczka w baśniowy świat. Oczywiście, nie zaskarbił sobie w ten sposób sympatii cesarza Wilhelma II, choć ten trzykrotnie odwiedzał go w zamku.
Zamek miał szczęście ostać się w nienaruszonym zewnętrznie stanie, acz były czynione przygotowania do wysadzenia.
Jednak zwycięska Armia Czerwona swym błyskawicznym pochodem na Berlin spowodowała, że Niemcy nie zdążyli.
W zamku zagospodarzyli Rosjanie…
I – jak to Rosjanie – zimno było, to palili w kominkach kunsztownymi krzesłami, stołami, fotelami.
Ocalili od zniszczenia obrazy, gobeliny, meble i w ogóle wszystko, co stało na podłodze, zwisało z sufitów czy było zawieszone na ścianach.
Ocalenie polegało na zapakowaniu do wagonów i wywiezieniu łupów do Rosji.
Na szczęście zachowały się wszystkie parkiety, sztukaterie i drzwi, których w zamku jest 500.
Drzwi są numerowane, każde z białą tabliczką, a ciekawostką jest to, że do czyszczenia 1000 klamek u tych drzwi, zatrudniono na etat pracownika.
To koniec ciekawostek.

ps – hrabia Tiele-Winckler tylko kilka lat cieszył oczy swym pałacem.

Jest to historycznie nagminny przypadek, że dopiero następcy w pełni korzystają z dzieł budowniczych przodków.
Na ową konkluzję wpadłem już dawno rezygnując z budowy zamku.

Szósty dzień od Wielkiego Wyjazdu

Poranek. Dziś ostatni dzień pobytu i zjazdów.

Po sprawdzeniu warunków śniegowych definitywnie porzuciliśmy myśl o Tatrzańskiej Łomnicy. Czynne są nadal tylko dolne trasy zjazdowe.

Dzień nas wita słonkiem zuchwale przebijającym się zza chmur.

Jedziemy na „nasz” parking, czyli maksymalnie blisko schodów przy stacji Lućky.

Lućky

Jak wszystkie poprzednie dni nie spieszę się. Pomału też jestem myślami przy jutrzejszym wyjeździe.
Mijam kolejny zakręt blisko Jaskini Wolności, gdy z zamyślenia wyrywa mnie zielony ludzik z lizakiem w łapie.
Pomachał kierowcy przede mną, by ten jechał dalej, a mi zagrodził drogę.

– Dobre rano. Dokumenty prosim.

Nigdy nie odmawiam proszącemu.

– Co tam? – grzecznie pytam z zaciekawieniem.
– Pre rychlu jazdu.
– Za szybko? Ja?! Ja sem pomaly vodiczek, panie policaju.
– Tu si możete ist len 50 km/h.
– No wiem, wiem. Każdy dzień tu tak jadę pomału.
– To bude stat dvadsat euro.
– Cooo? Dwadzieścia euro?! Dwa….dwadzieścia? To ile było na liczniku?
– Patdesiat osem.
– I za 8km/h pokuta * wynosi 20 euro?

– Ano.

Co za kraj! Co za policja!  Kurde, jutro natychmiast stąd wyjeżdżam!

– A mogę zobaczyć ten radar? – chytrze spytałem mając w pamięci „nasze” policyjne Iskry.
– Możete. Vlożte vestu a pristupte k radaru.
– Co mam zrobić?
Pokazał na swoją kamizelkę.
– Widziałaś, gdzie jest kamizelka odblaskowa?
– Jaaa? Ostatnio w 2009 jak byliśmy na Jeeparty – BoRa potrafi wesprzeć człowieka w krytycznej sytuacji.
– O ja p……, zaraz pokuta wzrośnie.

Włączyłem migacz i podjechałem pod radar. Może przez okno popatrzę. Ale nie. Muszę wysiąść. K…., gdzie jesteś kamizelko z odblaskiem? Zawsze byłaś, a teraz co?

Trzęsącymi się łapkami w końcu pomacałem pod siedzenie pasażera.

Jest!  Z kamizelką w ręku zajrzałem w radar.

Sprzęt wyglądał jak lustrzanka, na trójnogu z około 3-calowym wyświetlaczem. Moje auto widać wyraźnie. Właśnie wychodzi z zakrętu na prostą. I jakieś napisy.
Dozvolena rychlost: 50km/h
No i moja rychłość: 58km/h

Na pożegnanie – jak zawsze każdemu policjantowi – nie odpowiedziałem „do widzenia”.

* pokuta – mandat po słowacku

Piąty dzień od Wielkiego Wyjazdu.

Dzisiaj słonka miało nie być, i faktycznie nie ma. Szkoda, że nie doczytaliśmy o wietrze…

Proponuję, byśmy od razu zjechali czerwoną „11”  do Zahradek i ruszam na prawo po opuszczeniu wyciągu B8.

Zaraz jesteśmy na „11” i nie wierzę naszemu szczęściu!

Ta świetna, doskonale wyratrakowana trasa jest całkowicie pusta!

Puściutto.Czerwona 11            Niektóre trasy były nieczynne
Brams-ski
– Jedź śmiało, będę cię filmował – Boroviczka z radością na to przystała.
Wychylam się na zakrętach coraz bardziej, jednocześnie trzymając na teleskopowej przedłużce Drifta. Po kilku chwilach puszczam się „na krechę” i wyprzedzam BoRę. Teraz nagrywam ją od przodu. Robimy krótką przerwę i nadal sami zjeżdżamy. Pędzę coraz szybciej, kamerę mam skierowaną już tylko przed siebie.
– Ale ja zap…….! – drę się do kamery rozradowany jak nastolatka seksem.
Błyskawicznie jestem w Zahradkach i podjeżdżam pod wyciąg B1. Jest to sześciopak, który nas za chwilę wciągnie byśmy mogli znowu delektować się dopiero co rozdziewiczoną trasą.
(Dzisiaj misie wszystko z jednym kojarzy. Ciekawe, co z tego wyniknie.)
Ooo! Przed wyciągiem też nie ma kolejki. Ale mamy dziś farta.
Patrzę do tyłu, podjeżdża BoRa. OK.
Patrzę do przodu – pusto.
Patrzę jeszcze raz – jest tak pusto, że nawet obsługi nie ma!
Rzut oka na linę i wszystko jasne – chyba ukradli ławeczki.

Odpinam narty i jak gdyby nic przechodzę koło siedzących w knajpie i uśmiechających się przyjaźnie Rosjan.
-„Udławcie się cholery tą swą radością!”- pomyślałem życzliwie odwzajemniając się cytrynowym uśmiechem.
Doczłapaliśmy do nowszego sześciopaka B2. Jadąc nim konieczne było zasłonięcie się, tak wiało i sypało śniegiem.
Podczas wysiadania dostałem taki podmuch, że w zakręt wszedłem jak Kubica, tyle, że ja wyszedłem z opresji cało.
Gdy się obejrzałem po 20 metrach wyciąg stał, a towarzyszący mi podróżnicy, włącznie z BoRą, leżeli przed nim tworząc ciekawy kolaż złożony z 10 machających rąk i tyluż nóg.
BoRa w końcu podjechała do mnie mrucząc coś pod nosem o patałachach.
Zjechaliśmy pchani podmuchami wiatru pod gondolę na Chopok.

Spojrzałem na duży wyświetlacz, co dziś jest czynne.
Lekko nie będzie. Żeby się dostać na nasz parking w Lućkach na nartach, musimy zjeżdżać zamkniętymi odcinkami tras.
A to z kolei możliwe jest tylko poprzez zjechanie z Chopoka.
Damy radę! Przecież tą zamkniętą czerwoną „1” już zjeżdżaliśmy. Fakt, że łatwo nie było.

Oprócz nas do gondoli zdolnej przewieźć 24 osoby wsiadło 2 śmiałków.
Około minuty od startu BoRa odebrała telefon. Na jej szczęście, bo mogła w większości skupić się na rozmowie.
Szkoda, że też gdzieś nie zadzwoniłem…
Bujało, trzęsło, śnieżyło i hulało, a w środku, zamknięty w rozhuśtanej klatce, coraz mniejszy siedziałem ja.
Blady, chyba od mgły co się właśnie objawiła, pierwsze kroki na szczycie skierowałem na pierwsze piętro Rotundy. Do toalety.

Rotunda

W restauracji siedziało niewielu gości.
Przez panoramiczne okna wspaniale dzisiaj nic nie widać. Całkowita odmiana, a i zdjęcia jakże smutne w porównaniu do tych sprzed kilku dni.
Blisko 2 godziny dzięki 2 piwom, 2 grzanym winom, wyprażanemu serowi, oraz WiFi strzeliło jak z bicza.
No. Pora wracać.
Pewnym krokiem z nartami w ręku ruszyłem po schodach ku wyjściu.

Spod Rotundy
Jak przez mgłę pamiętam, że coś mnie wepchnęło z powrotem do budynku rotundy. Klasyczne zdolności myślenia odzyskałem siedząc ponownie w gondoli, do której wejść chcieliśmy tam, gdzie się wychodzi.

W zaistniałej sytuacji fakt 15-minutowego podejścia z nartami na przepoconych plecach do „naszej” Lućkovej niebieskiej „14”nie miał wielkiego znaczenia.

Wróciliśmy dzisiaj naprawdę z dalekiej podróży.

Czwarty dzień od Wielkiego Wyjazdu.

Nowy, 2014 rok.

Dzisiaj lyżowaczka była velmi dobra.
Słonecznie, bezwietrznie i – całkiem bezludnie.

Taras przy Rotundzie

Widok z tarasu Rotundy
Kac jest jednym z największych przyjaciół prawdziwych narciarzy.
Ci co nie pili, lub pili z zachowaniem wybitnej kultury spożycia (jak my) mają nagrodę w postaci braku potencjalnych morderców stokowych.

Po nartach postanawiamy sprawdzić baseny w Besenovej.
Uważam, by nieopacznie nie wjechać na autostradę i drogą nr 18 po 24 km jesteśmy w Besenovej.
Przy ciekawym architektonicznie kościółku

Kościół w Besenovej

są potraviny i pizzeria „Pri Kamenu”, dzięki której znowu łaskawszym okiem popatrzyłem na świat.

Pizzeria w Besenovej
„Quattro formiaggi” pieczona na drewnie – to se mi paci.

Piecyk w pizzerii
Kompleks basenów już z daleka przyciąga wzrok.

Gino z daleka

Makieta kompleksu
Zastanawiam się, czy „Gino Paradise” zrobi na mnie lepsze wrażenie, niż lekko rozczarowująca wizyta w „Tatralandii”.
Zapowiada się interesująco. Wychodzę z natrysków wprost na dziewczynę z wielką zbieraczką wody w ręku. Gołe chłopy zaskoczone, w przeciwieństwie do dziewczyny. Pomachała, pościerała, porównała i poszła.
A gdyby tak pożyczyć tę zbieraczkę i pościerać u kobiet?
Myśl o minie Boroviczki mej zgasiła ten interesujący projekt.

Spacerujemy wokół dwóch wewnętrznych basenów, wypatrując wolnego miejsca. W pierwszym basenie miejsca są na środku, ale tak jakoś idiotycznie i bardzo samotnie czuję się stojąc bezczynnie w wodzie po pas. Dla zmyły padłem na kolana, woda od razu sięgnęła mi do szyi.
Cała linia brzegowa z masującymi bąblami jest pod okupacją domu spokojnej starości. Idziemy obok. Tu jest trochę lepiej. Trafiali się nawet w naszym wieku.
Nie ma wyjścia – galopujemy na zewnątrz.
Akurat po drabince wyłazi jakaś grupka z pierwszego basenu. Dalej, kurde, dalej. Już nie wytrzymam. Skoczyłem.
Kontakt z cieplusią wodą skutecznie zagłuszył we mnie poczucie winy w stosunku do ochlapanych. Woda pachniała czymś tajemniczym, czego dotąd nie znałem. Może to siarkowodór?
Następny basen spowodował euforyczne poczucie szczęścia.
W cieplejszej wodzie byłem tylko raz w życiu, gdy wszedłem pod prysznic z zepsutą baterią i polałem się wrzątkiem.
Błogo mijał czas. Trzy godziny to jednak dużo. Zaliczyliśmy jeszcze pozostałe baseny i dżakuzi na zewnątrz oraz basen wewnętrzny z falą. Fajnie rozbujani wróciliśmy do Demanovej z przeświadczeniem, że przed wyjazdem jeszcze se tu vratimy.

ps – warto przy kasie powiedzieć, żeby pasek na rękę dali „kredytowy”, dzięki któremu można będzie np. kupić coś do picia.
A zaręczam – pić się chce.

Trzeci dzień od Wielkiego Wyjazdu.

Sylwester.

Dziś spora część ludzkości postanowiła żegnać stary rok na nartach. Widać kolejki do wyciągów.
Zastanawiamy się, gdzie spędzić ten dzisiejszy wieczór.
Może w Happy End w Biela Put? Jedziemy sprawdzić. Jest minus 5, a przed wejściem porozbierana młodzież coś tam popala.
Zerkamy do środka. Boroviczka patrzy na mnie wyczekująco.
– Sory, aż tak młodo się nie czuję – wymiękłem odwracając w końcu wzrok od roznegliżowanych nastolatek.
Wracamy do Demanovej. Dziwne….słyszałem o polowaniach na kierowców przez słowacką policję, a tu nichuchu nie widać policajów nawet w taki dzień. Na szczęście.
Od północy przez dobre 30 minut trwała kanonada wspaniale rozświetlających niebo fajerwerków.

Hotel Chopok
Z wielkim hukiem i pięknie rozświetlonymi Tatrami Słowacy wprowadzili nas w Nowy Rok.

Jasne, że Jasna

Drugi dzień od Wielkiego Wyjazdu.

Dziś nie tylko dzionek śmignął mi szybko.
Rano w potravinach nabyłem acidko, a w południe na stoku zamówiłem kapustnicę…..

Pierwszy dzień od Wielkiego Wyjazdu.

Dzięki instrukcjom pana Henia podjeżdżamy na parking w Lućkach. Kupuję karnety 6-dniowe i po chwili nowy wyciąg wciąga nas na górę. Obok nas Polacy, zagajamy więc o warunki na trasach. Wczoraj było fatalnie, wiało i tylko część wyciągów była czynna. Dziś jest super. Zapoznanie się z trasami zajmuje nam czas do południa.

Rzut oka na Tatry Niskie             Ciekawe, co to za cień na górze naprzeciwko.

Chopok Juh

Gondola z Chopoka do Kosodrzewiny              Zjazd z Chopoka na północną stronę góry

Po 13 mówię, że się poddaje, na dziś mam dość i proponuję zwiedzenie Demianowskiej Jaskini Wolności. Wiem, że ostatnie wejście do jaskini jest o godzinie 14, zaczynamy się spieszyć.
Na parking podjeżdżam o 13.50, mamy więc zapas. Po chwili staje się jasne, że jednak nie mamy zapasu. Trzeba jeszcze pokonać strome podejście, by dojść do kas i wejścia do jaskini. Po 9 minutach ostrej wspinaczki stać mnie na to, by przy kasie pokazać 2 palce.
Sama jaskinia jest piękna. Fantastyczna.

Jaskinia Wolności

Narty zaliczone, jaskinia zwiedzona, pod wieczór jedziemy do Tatralandii. Kompleks jest spory, widać że jeszcze nowy. Jest fajnie, ale….

Wielki Wyjazd

Jest 8.25 gdy sami opuszczamy Poznań. Sami, bo Jurek i Marysia, nasi sąsiedzi, w ostatniej chwili musieli zrezygnować.
Przed nami niecałe 600km, zatem dużo bliżej niż do Austrii czy Włoch.
Byle do Wrocławia, bo to chyba najgorszy odcinek.

Nareszcie porządna droga
Yanosik stale współpracuje i bardzo się przydaje.
Przestałem korzystać z CB radia. Wulgarne bydło zwycięsko zagarnęło eter.

Czuję podekscytowanie, 10 lat minęło od naszego ostatniego wyjazdu narciarskiego na Słowację i pewnie z 5 od ostatniej bytności w Słowackim Raju.
W przyszłym, 2014 roku znowu bym chciał pochodzić po tym ulubionym przeze mnie zakątku świata. Na tak niewielkim obszarze tyle wspaniałości….

Dobrze, już dobrze, rozmarzyłem się trochę.
Wielokrotnie czytałem, że sporo się zmieniło, i to dzięki nieszczęściom, czyli huraganowym wiatrom co powaliły kilometry kwadratowe lasów. Oby śnieg był na trasach, bo w Polsce i Czechach nędznie to wygląda.
Dla zabicia czasu zaczynamy przypominać sobie poznane przed laty na Słowacji ośrodki narciarskie. Szczyrbskie Pleso, Tatrzańska Łomnica, Smokowiec, Lucivna, Vratna, Valcianska Dolina, Martinske Hole, Jasenska Dolina, Zuberec, Rohacze, Wielka Racza. No i Jasna. Całkiem tego sporo.

Orawski Podzamok z okna kierowcy

Na miejscu jesteśmy po 16.

Demianovska Dolina wita

W ogóle nie czuję zmęczenia.
Zaopiekował się nami pan Henryk z Krakowa, z agencji Chopok.
Ożenił się ze Słowaczką, wybudował pensjonat „Apartamenty Chopok ” i pośredniczy w poszukiwaniu noclegów.

Jutro pierwsze szusy!

PROLOG

z przymrużeniem oka

Nie lubię zostawiać niczego przypadkowi, stąd postanowiłem przed wyjazdem na Słowację skorzystać z usług wróżki.
Kolega, któremu kiedyś trafnie przewidziała kłopoty małżeńskie po tym, jak się ze sobą przespali, podał mi adres owej niewiasty.
Już sam szyld przed wejściem był intrygujący: WRÓŻKA CIPUSZKA.

Zadzwoniłem domofonem.
– Kto tam?
– Ja do wróżki.
– Niech wejdzie.
Wszedłem.
– Pani Cipuszko?
Z mroku wystawały jakieś gały, nos i usta
– Cecylia Izolda Puszka. Żadna Cipuszka. Kropki spadły z szyldu. Stówa za wspólne pół godziny.
– Drogo, ale niech stracę. Jutro chcemy z żoną jechać na Słowację, na narty i termy.Na tydzień. Chciałbym w 100% wiedzieć jak jest na stokach, czy jest śnieg.
Aha, i czy czynne będą baseny zewnętrzne.

Z ciemności wyłoniły się dwa szpony z tipsami trzymające szklaną kulę.
Z ust wyskoczył jęzor i oblizał brwi. Policzki się nadęły.
– Skupiam się – wysapały usta. Gały poruszyły się i spojrzały na kulę.
– Widzę. Oooo. Co ja widzę? Czeka cię wyjazd. Z jakąś kobietą…..bliską kobietą…..na 7 dni i tyleż nocy. Są też jakieś góry.
– Ze śniegiem?
– Mnóstwo śniegu.
– Oj, to dobrze, w necie pisali, że mało.
– Czekaj. Topi się.
– Kto?
– Nie kto. Śnieg się topi. I to coraz szybciej.
– A na trasach narciarskich?
– Też się topi.
– Hm, czytałem, że nie jest źle, że armatki działają…
– A czy ja mówiłam, że jest źle? Wojsko jest.
– Na stoku? Po co?
– Działa przywieźli. Non stop działają .
– A nasze miejsce noclegowe?
– Gdzież ono jest – pokręciła kulą – Mammmm,to tu. Oho, jakie piękne komnaty. Ze służbą i kamerdynerem.
– Cooo? Miał być zwyczajny apartament. Z kuchnią i łazienką.
– Aha. Jest coś takiego, ale tu obok. To wasz?
– Tak. Chyba tak – udałem, że coś widzę w kuli.
– O, widzę tu jakieś baseny.
– No, kąpać się chcemy – ciepło pomyślałem o termach.
– Weźcie piłę ze sobą.
– Piłę? Jaką? Po co?!
– Jaką, jaką. A czym przerębel w basenie zrobisz?!
– Matko jedyna! To termy zamarzną?
– Zaraz….czekaj. Dawaj stówę.
– Przecież dopiero 15 minut tu siedzę.
– A ja to co? Też 15. Jest wspólne pół godziny?
Sięgnąłem do portfela.
– Nie, nie zamarzną.

 

Zapraszam do obejrzenia filmiku z tras narciarskich w Jasnej:

i guglemapka:

 

§1. Subiektywne porównanie basenów termalnych „Tatralandia” vs „Gino Paradise”.

Nie wiem, jak jest latem, i za dnia, ale obecnie zwycięstwo przyznaję basenom w Besenovej. Nie biorę pod uwagę zjeżdżalni, bo za długo siedziałem w basenach i zrobiła misie zbyt delikatna skóra.

W „Tatralandii” czynny był jedynie 1 (jeden) basen zewnętrzny z wodami termalnymi, za to ma on ściankę do wspinaczki i możliwość gry w siatkówkę i kosza – 2 punkty szału.
W Besenovej – 3 punkty szału za baseny z pachnącą inaczej wodą termalną + 1 dodatkowy punkt za wyższą temperaturę basenu środkowego, która to miała chyba 41 stopni.
1 pkt. dla „Tatralandii” za to, że nie musiałem biec po bruku i trawie do ciepełka, bo jest śluza.
2 pkt. dla „T” za 4 baseny wewnętrzne położone przy sobie, a zwłaszcza za solankę ala Adriatyk.
0,5pkt dla GP” za 2 baseny wewnętrzne, spędziłem w nich łącznie 4minuty, bo ilość mieszkańców, a zwłaszcza średnia wieku sprawiła, iż poczułem się jak wśród członków rodziny Matuzalema.
2 pkt. dla „GP” za basen z falą oraz dżakuzi zewnętrzne, bo wewnętrzne chyba ominęliśmy ….
1pkt. dla „T” za statek piratów.
1 pkt. dla „GP” za wspaniałe wiaderka dla radości maluchów oraz BoRy.
1 pkt dla „T” za odległość od miejsca naszego noclegu (Demanova).
„Tatralandii” odejmuję 1 pkt. za zbyt małą ilość szafek .

Wynik końcowy:
7,5 punktu szału dla Besenovej
6 punktów szału dla Tatralandii

§2.Subiektywne porównanie kilku ze znanych mi ośrodków narciarskich w Polsce, Czechach i na Słowacji.

Czarna Góra, Szklarska Poręba vs Spindlerovy Mlyn, Janske Lazne vs Strbske Pleso, Jasna

Ceny karnetów:
1.Polska
2.Czechy
3.Słowacja

Wyciągi:
1.Słowacja
2.Czechy
3.Polska

Warunki śniegowe tras zjazdowych, dośnieżanie stoków
1.Słowacja
2.Czechy, Polska

Kolejki do wyciągów, najkrótsze oczekiwanie na wjazd
1.Słowacja
2.Czechy, Polska

Wyżywienie na stoku, jakość obsługi
1.Polska
2.Słowacja
3.Czechy

Łączenie regionalnych ośrodków, skibusy
1.Słowacja
2.Czechy
3.Polska

Apres ski
1.Słowacja
2.Czechy, Polska

Panorama okolic
1.Słowacja (przecudne Tatry Wysokie widziane z wielu ośrodków)
2.Polska
3.Czechy

Ośrodki na Słowacji zwyciężają dość wyraźnie.

Zwłaszcza Jasna jest na bardzo wysokim poziomie, jeździliśmy po naprawdę świetnych trasach, ale jedna uwaga – dla słabiej jeżdżących niektóre trasy okazałyby się prawdziwym wyzwaniem.
Widok z restauracji „Rotunda” na Chopoku w bezchmurny dzień zapiera dech.
Nasza Czarna Góra ma świetne trasy czerwone, i jedną czarną, ale niestety – kolejki (podobnie w Szklarskiej) do wyciągów przyprawiają o zgrzytanie zębów. Mamy za to najlepsze wyżywienie, a i piwo jakoś smakuje najbardziej.
Najczęściej odwiedzaliśmy dotąd Czechy. Szpindlerowy Młyn jest przereklamowany i bardzo obłożony. Odkąd „odkryliśmy” Herlikowice/Bubakow tam kierujemy się na wyjazdy weekendowe, albo jeździmy w Jańskich Łaźniach.
Czesi mają najgorszą kuchnię, nawet rosół czy pizzę potrafią spartolić.

§3. Skrócony opis ośrodka narciarskiego Jasna.

Słowacy co roku rozbudowują i unowocześniają ten i tak od lat swój największy teren narciarski.
W 2013 roku otworzyli całkiem nowy wyciąg – Lućky Vyhliadka. Jest to pierwszy wyciąg od strony Doliny Demianowskiej. Nowoczesny, z automatycznym podnoszeniem przesłony przeciwwiatrowej.
Spory parking sprawia, że warto tu szukać miejsca na postój.
Przy wyciągu utworzono spoko trasę, niebieską „14”.
Należy się rozpędzić, bo końcowy dość długi odcinek jest płaski.
Można się z niej udać do wyciągów w Zahradkach, które do niedawna „zaczynały”ośrodek.
W Zahradkach do wyboru mamy dwa sześciopaki. Nowszy z pomarańczowymi osłonami kursował przy nawet dość sporym wietrze.
Starszy – niestety nie. Jest bez osłon, a gdy nie kursuje, powstaje problem dla słabiej jeżdżących narciarzy z powrotem na parking w Lućkach. Widziałem naprawdę sporo osób odpinających narty i maszerujących w dół. Czerwona „1” okazywała się za trudna, a dodatkowy problem stanowiły wyślizgane, oblodzone miejsca i kamienie. Ostatni opad śniegu był 8 grudnia, ale i tak byłem pod wrażeniem przygotowania większości stoków.

Ciekawa jest tzw. „Biedronka”. Jest to kolejka poruszająca się po płozach.

BiedronkaTrasa Biedronki

Warto się nią przejechać. Biegnie wzdłuż niej  czerwona „2”, i – obiecuję – jest stroma i fajna.
Dwójka przechodzi w niebieską „13”, oślą łączkę. Tu jest najwięcej uczących się.

By przedostać się do kolejnego wyciągu, gondoli Grand Jet należy śmigać na lewo przed czteropakiem B3, pod górkę (dlatego śmigać) i zjechać do stacji Biela Put.
Wspomniany Grand Jet,

Grand JetWidok z GJ

znowu z pomarańczowymi szybami, w niecałe 7 minut wciągnie nas ku długiej i sympatycznej niebieskiej „10”. Myśmy wybierali wariant z kawałkiem odcinka z oznaczeniem czerwona „10”. Stroma, ale pozbawiona oślołączkowców.

Powrót do „centrum” zapewni powolniak, stary czteropak ze stacji Otupne do Lukova. Nie znam czarnych tras „3” i „7”, bo były bez śniegu.

Po takiej rozgrzewce pora wjechać na Chopok.
Sprawę załatwi gondola, która też w niecałe 7 minut winna być na górze. Jest stabilna, podobno odporna na wiatry wiejące do 120km/h, choć jednego dnia wydawało misie, że wiało nawet mocniej. Na Chopoku, gdy skończycie robić zdjęcia, macie 2 możliwości.
Zjazd czerwoną „1”polecam przy dużym naśnieżeniu, inaczej może być ciężko. Czasami zjeżdżaliśmy obok niej, poza trasą, by uniknąć ślizgu po kamieniach.
Drugą opcją jest zjazd czarną „32”. Ta trasa jest świetna!
Prowadzi do rejonu narciarskiego Chopok Juh, czyli Południowy. Dalej (znaczy, niżej) zjechać trzeba fajną czerwoną „31”.
Do góry wciągnie nas stary czteropak, trzeba przejść przez taras knajpy i – po wypiciu grzanego winka – podejść do kolejnej nowej 15-osobowej gondoli.

Unikamy orczyków, stąd nie mam pojęcia o tych kilku krótkich trasach przy nich wiodących.

Nie ma za co 🙂

 

Facebook