IslandiaStrona główna

Islandia bez stresu – część 2

Przez 10 grudnia 2023 No Comments

Dzień trzeci

Dzisiejszy plan Alexa przewidywał wycieczkę do najbardziej na południe wysuniętej wsi Islandii, czyli Vik i Myrdal, choć samo „Vik” też może być.

Tradycyjnie ruszyliśmy w podróż w ciemnościach, do których ochoczo dołączał zimny wiatr, więc Genas mocno ściskał kierownicę. Po około 30 minutach zaczęło się odrobinę  przejaśniać, a ja poczułem nerwowe pulsowanie palca wskazującego prawej ręki.

„Może to znak?” – pomyślałem i otworzyłem guglowskie mapy. Tak, to był znak.

– Przed mostem skręć w prawo, Genek.

Genas bez słowa skręcił i po chwili zaparkował. Dzięki temu mogliśmy popatrzeć na napotężniejszy islandzki wodospad, Urridafoss. Powstał na rzece Pjorsa. 230 kilometrów długości wystarczyło Pjorsie, by dzierżyć miano najdłuższej rzeki Islandii. Urridafoss nie dysponuje spektakularnie dużym spadkiem, ale na swój tytuł pracuje natężenie jego przepływu – imponujące 360 m³/s. Jest jeszcze jedna niezwykłość wodospadu i jego karmicielki, Pjorsy: tu, w wodzie powstałej z lodowca rozmnażają się łososie i dorastają do pełnych rozmiarów.  To jest światowy ewenement.

Na Islandii jest ponad 900 wodospadów, z czego 30 ma wysokość 50 i więcej metrów. Należy do nich Seljalandsfoss. Zdjęcia w necie ukazują go zazwyczaj jako śnieżnobiały, ale raczej średniobogaty w wodę. Gdy wjeżdżaliśmy na płatny parking rzęsiście padało. I chociaż wodospad po deszczach był – jak pogoda – brudnoszary, nie dało się go przeoczyć. 60 metrów swobodnego spadu, 15 metrów szerokości mogło imponować – i – imponowało. Seljalandsfoss spada nad pieczarą i można go obejść dookoła. Ruszyliśmy we trzech, dotarliśmy we dwóch. Alexowi prawie natychmiast po wyjściu z auta zmokły wyjściowe spodnie dresowe i skupił się na robieniu fotek spod daszka jakiejś knajpki. Idąc z Genasem w narciarskich strojach prosto do przodu zaszliśmy wodospad… od tyłu. Po drodze ilość spadającej mi na twarz wody sprawiała, że momentami nie mogłem normalnie oddychać, więc oddychałem, ale ledwo ledwo. Jak wspomniałem na początku – Genasa na Islandii interesowało wszystko, jako żywo i mnie, więc bez chwili zwłoki ruszyliśmy ku pozostałym wodospadom. Tak, bo dynamicznie spadającej ze zbocza wody jest tu więcej, a kwadrans później ujrzeliśmy Gljufrafoss, albo Gljufrabui, czyli „Mieszkaniec kanionu”. Jego nazwę wyczytałem przed chwilą w necie, bo na miejscu nikt go nie podpisał. To 40-metrowy wodospad ukryty. Tak, w kanionie. Skały kryjące z zewnątrz ten wodogrzmot skojarzyły mi się z twarzami gotowymi do pocałunku.  Do środka nie weszliśmy, szkoda, ale gumowce zostawiłem w Polsce.  Zdjęcia też zbytnio nie imponują, ale cóż, są.  🙂

Zmoknięty Alex pierwszy raz nadmienił, że jest głodny. O wpół do dwunastej!!!  Jeszcze  bardziej zrobiło mi się go żal, bo znalazłem kolejne ciekawe  miejsce. Genas nie protestował gdy poprosiłem, aby po 10 kilometrach skręcił w lewo, w szutrówkę. Przejechaliśmy przez dziwną bramkę, jakby teren prywatny, ale nie było jakiejkolwiek informacji. Zajechaliśmy na pusty parking, który opuściłem … sam.

„Się chłopaki buntują, przecież prawie nie pada. Alexa rozumiem, ma mokro, ale Genek?!” – rozmyślałem podchodząc pod kolejne cudo natury, wodospad Irafoss. Porelaksowałem się chwilę nasłuchując kojącego szumu opadającej z 41 metrów wody i z pewnym żalem wróciłem do przepełnionego niecierpliwością auta.

Gdy po niedługim (dla mnie) czasie zajechaliśmy pod Skogafoss chyba nie byłoby siły, która by odwiodła Alexa od zamówienia obiadu w Bistro Skogafoss. Dla tak zwanego towarzystwa spożyliśmy zatem smaczny posiłek z promocją, którą stanowił widok zza szyby na nieodległy wodospad. W międzyczasie przestało padać, więc troskliwie zostawiliśmy Alexa w Kii…Kiji…w aucie Kia Sportage i ruszyliśmy z Genasem dziwować się czwartemu już dzisiaj wodospadowi. Na Skogafossa można „wejść” po kilkudziesięciu pseudodrewnianych i 391 stalowych stopniach, więc ochoczo skorzystaliśmy z tej okazji. Zaledwie kilka razy zrobiliśmy przerwę na złapanie oddechu, by w nagrodę ponownie wziąć do ręki smartfony.

Niestety, w tym dniu nie było już więcej wodospadów….

Ale było Dyrholaey. Przy odrobinie nieszczęścia to właśnie tu dokonałbym żywota. Gdybym stał pół metra bliżej klifu nie miałby kto Wam opisać i pokazać naszych kolejnych wojaży po tej wulkanicznej wyspie. Wiało tak, że ledwo trzymałem się smartfona!!!

 

Vik i Myrdal to wbrew nazwie jedna wioska. W bliskiej okolicy podobno jest jakiś lodowiec i pełno maskonurów. W lodowiec jeszcze mogę uwierzyć…

Najpierw podjechaliśmy pod kościół, a następnie cmentarz, spod którego zdjęcia były jakoś bardziej spektakularne. I to by było tyle, jeśli chodzi o Vik. W sumie, to i Myrdal też.

Zwieńczenie naszego zwiedzania południowej Islandii stanowiła krwiożercza plaża Reynisfjara. Tyle się naczytałem przed wyjazdem na wyspę o tym jak ginęli tu ludzie wciągani przez ocean snikersowymi falami, że nie chciałem wysiadać z auta. Alex też. Poszedł Genas, za chwilę zaczął padać grad, a nam w aucie było i ciepło i bezpiecznie. 🙂 Po jakimś kwadransie błogą sielankę brutalnie przerwało dynamiczne otwarcie drzwi.

– Dalej, wyłazić! Tu jest chyba najładniejszy widok! – tembr głosu Genasa nie przewidywał sprzeciwu. Niechętnie opuściliśmy bezpieczną przystań. Ale cóż. Trzeba oddać, że było warto. Czarny piasek był tak delikatny, jak cukier puder. Coś niesamowitego. No i pierwszy raz w życiu spotkałem się z sygnalizatorem niebezpieczeństwa na plaży. I jest to zaiste niezwykłe. Na kilkadziesiąt „zwykłych” fal nagle pojawia się niepozorna, lecz daleko wpadająca w głąb plaży fala przewracająca nierozsądnych (aka zwykłych cymbałów) turystów. Ostrzeżenia, w tym świetlne na głupotę nie działają. Fala sneakersowa nie dość, że przewraca, to co niektórych wybrańców zabiera ze sobą do oceanu. Nie biorąc jeńców, pociąga za sobą także tych, co próbują uratować amatorów super selfie.

Późnym wieczorem wróciliśmy do naszego zacisznego domku, ciepła kąpiel i zorza. Tak.  Alex doczekał się swej wymarzonej aurory.  Jego radosny okrzyk może nie był słyszany w Reykjaviku, ale okolicę z pewnością obudził. Nie poprosiłem o przesłanie zdjęć…

Dzień czwarty

Nie wiem. Może wczorajsza wizyta na plaży, która bierze i nie oddaje turystów. Trudno powiedzieć. Ale Alex postanowił, że dzień rozpoczniemy od wizyty w kościele, a przynajmniej przy.

Jednocześnie jeśli ktoś nie wierzy w to, że znowu potężnie wiało, to popatrzcie na tych nieboraków.

Nie znałem planów Grześka na dziś. Atoli onże postanowił podjechać pod czynny wulkan, Fagradalsfjall. Ten, który mógł storpedować wyprawę, bo przed naszą samolotową ekskursją wszedł w stan czynny. Gdy zobaczyłem drogowskazy na Grindavik poczułem przyjemny dreszcz emocji: zobaczę czynny wulkan! Ale nie…. kurde!

Pierwszy esemes dotarł do Alexa. Pół godziny później do mnie:

„The area around Grindavik has been closed. No entry – LEAVE THE AREA.”

Jak leave to leave. Opuściliśmy zatem zamkniętą areę, co zaskutkowało ciekawymi widokami.

Znacie moją dewizę: Nigdy się nie poddawaj!

Zaatakowaliśmy Grindavik z drugiej strony. Ponownie bezskutecznie. Cóż….Na czynny wulkan popatrzę sobie w domu, na Jutjubie.

W sumie to nie wiem, czy kogoś to zainteresuje, ale zaryzykuję. Przez kawał Islandii przebiega granica między dwiema płytami tektonicznymi, północnoamerykańską i euroazjatycką. Podjechaliśmy pod symboliczny most pomiędzy nimi, ale nie na długo. Wicher wpychający wulkaniczne cząstki w nasze oczy skutecznie odstręczał od dłuższej kontemplacji „Mostu między kontynentami”. Nie pamiętam kiedy ostatnio tak szybko biegałem.

To nie był nasz najlepszy dzień. Miast nieziemskich widoków obejrzeliśmy kolejny, zamknięty kościół. Mój wytatuowany Vegvisir  zaczął się buntować…

A co do stolicy, to …w Reykjaviku zjedliśmy pyszną pizzę, na zdjęciu moja.

Na szczęście trochę znam angielski. Gdy spytałem kelnera o możliwość popatrzenia sobie na jakiś jeden z 33 czynnych islandzkich wulkanów, ów zaproponował mi jakieś „FlyOver Iceland”. Z ciekawości zacząłem zapoznawać się z informacjami o tej atrakcji i…

– Genas, zawracaj!!!! – prawie krzyknąłem.

– Gdzie, po co?

– Sorki, chłopaki, ale ja muszę to zobaczyć.

Chłopaki też chcieli, kupiliśmy bilety, a to, co zobaczyliśmy przeszło najśmielsze moje oczekiwania. To była najprawdopodobniej najbardziej nieprawdopodobna podróż w moim życiu. Re – We – Lac – Ja!!!!!!!!

Nie wolno nagrywać, zatem po seansie uwieczniłem tylko to:

I wróciliśmy do siebie.

c.d.n.

A ja zapraszam:

Facebook