Rozdział 1. W drodze do najpiękniejszej

Prolog

Upał stawał się coraz bardziej nieznośny. Byli już w drodze od ponad 400 kilometrów. Chwilę wcześniej zaczął się kolejny podjazd, ale pomimo tego kierowca kampera dość szybko przemykał wśród paskudnych, rdzawobrunatnych barier rozdzielających pasy tej włoskiej autostrady. Minął zatoczkę SOS, w której stał Tir z podniesioną pokrywą silnika. Od kilku chwil autostrada del Brennero oznaczona symbolem „A22” miała formę wiaduktu i tylko tunele stanowiły stały grunt. W stronę przełęczy Brenner, ku Austrii i Niemiec ciągnął sznur samochodów.

„-Fié-Vols 454 m. Pół kilometra cienia” – pomyślał wjeżdżając do kolejnego tunelu.

Dwie minuty później zauważył, że drogowcy zlikwidowali pas awaryjny stawiając na nim betonowe bariery. Wjeżdżając w zakręt kątem oka przeczytał, że do granicy zostało 66 kilometrów.

I wtedy na desce rozdzielczej zapaliła się czerwona kontrolka. Kamper natychmiast wytracił impet.

-Zgasł silnik, pod siedzeniem masz dwie kamizelki – szybko rzucił w stronę pasażerki.

Włączył światła awaryjne i spojrzał w prawe lusterko. Zza zakrętu błyskawicznie wyłaniała się sylwetka wielkiego ciągnika siodłowego z długą naczepą.

-Cholera, jedzie na nas! Tir!!! Nie zmieści się!!! – krzyknął.

Rozległ się ogłuszający klakson ciężarówki. Przerażona BoRa skuliła się, a po chwili w kampera uderzył…….

Pięć miesięcy wcześniej.

Brams nacisnął czerwoną słuchawkę w smartfonie.

-Dobra, noclegi w Zieleńcu mamy załatwione. Za tydzień jeździmy na nartach! – z zadowoleniem zatarł ręce.

Antonio wziął do ręki szklanicę z drinkiem.

-Super, to może teraz ustalimy, gdzie spędzimy nasze wspólne letnie wakacje? – zaproponował.

-Grecja? W zeszłym roku nie udało nam się jej zwiedzić. Albo nie. To jednak jest daleko – głośno rozmyślała BoRa – Podłącz laptopa do telewizora.

Brams włączył Google Maps i po chwili wszyscy wpatrywali się w mapę Europy wyświetlaną na dużym ekranie telewizora.

-A może tu? – Viola wskazała palcem.

-Tu?- zdziwił się brams – Przecież to wyspa. Korsyka zresztą.

-No, ale promy chyba pływają, może nie wezmą nas za uchodźców.

Ta zaskakująca propozycja szybko zyskała aplauz całej czwórki przypieczętowany wspólnym toastem za udane wakacje.

Piątek, trzeciego czerwca, późne popołudnie

-Coś się stało z hamulcami. Stoimy na 134 kilometrze, na stacji „Orlen”, a wy gdzie jesteście?

Patrzę na mijane słupki drogowe.

-Blisko, zaraz do was dojedziemy – mówię do telefonu, a w duchu myślę, że ładnie nam się podróż zaczyna.

Po chwili witamy się ze zdenerwowanymi Antykami. Viola ściska gotowego do użycia smartfona.

-Zadzwonię do serwisu, przecież mamy ubezpieczenie od takich zdarzeń.

-Czekaj, pewnie zatarł się tłoczek, spróbuję to naprawić – Antonio wyciągnął podnośnik do kół.

Trzydzieści minut później faktycznie zapieczony tłoczek hamulcowy podjął współpracę i ruszamy ku najpiękniejszej.

Sobota, czwartego czerwca, wczesny poranek

Przespaliśmy się na parkingu koło Mc Donalda zjeżdżając z autostrady do Lipska. Rano mocna kawa z kawiarki i w drogę!

Lipsk

Podróż na południe mijała w charakterystyczny dla nas, tradycyjny rzekłbym sposób: najpierw się chmurzyło,

W drodze       Po drodze

by przelotnie popadać.

Już we Włoszech        W deszczyku

Mijając Monachium radośnie zakomunikowałem Antykom przez CB radio, że po raz pierwszy przejechaliśmy to miasto bez korka. Żeby choć 5 minut minęło, ale nie! Na ekranach drogowych nie zdążyli uruchomić słynnej przestrogi: „Staugefahr”, gdy jakieś 120 sekund później staliśmy. Że mnie coś podkusiło!

Austrię przejechaliśmy tracąc 8,8 €, bo tyle kosztowała winieta na 10 dni. O 15.50 byliśmy na przełęczy Brennero, na której zubożeliśmy o następne 9 €. O godzinie 22.50 zakończyliśmy ten ciężki dzień podróży, zatrzymując się na nocleg na jakieś stacji benzynowej niedaleko Pizy. Przejechaliśmy dziś 1102 kilometry, oczywiście z licznymi przerwami, i jednym, porządnym „ształem”.

Na stacji przed Pizą

Niedziela, piątego czerwca, bardzo wczesny poranek

Do portu w Livorno dotarliśmy o 7.00, uiszczając wcześniej za przejazd przez włoskie autostrady 41,5 €.

O 7.15 zaczęliśmy zwiedzać Livorno.

Że co?

Nie, nie mieliśmy takiego zamiaru. Włosi w porcie tak umiejscowili napis „Bastia”, że nie wiedzieć jak, dwa razy przejechaliśmy się obok Fortezza Vecchia, dzięki czemu dość dobrze sobie tę twierdzę utrwaliłem. Strzałka w lewo przed wjazdem przez portowe wrota oznaczała, że mamy wjechać do środka i skręcić w….prawo. A ja, głupi, się nie domyśliłem.

BoRa i Viola pobiegły do pomarańczowego budynku i po kilkunastu minutach wróciły z biletami na prom do Bastii.

Port w Livorno

Przejechałem jeszcze z kilometr po porcie, trochę za portem, znowu po porcie, aż w końcu trafiliśmy na właściwy prom.

Kamper na promie

Na moim zegarku wybijała właśnie godzina 8.06, gdy kominy „Moby Vincent” zasnuły niebo czarnym dymem obwieszczając w ten optymistyczny sposób początek naszych wakacji.  I choć Livorno żegnało nas z lekka zachmurzone,

Odpływamy z Livorno

Bastia wprost promieniała na nasze przybycie.

Dopływamy do Bastii

 

 

 

 

Facebook